Czarno to widzę

Dziś marsz na Warszawę, po raz kolejny w sejmie ustawa na temat zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej. Ustawy już i tak restrykcyjnej, w której nie ma miejsca na zdanie kobiety, a liczą się tylko przesłanki medyczne, społeczne i prawne. W innym przypadku usunąć nie można, nawet gdy się nie chce dziecka. Przez krótki czas można było przynajmniej bez recepty kupić „pigułkę po”. A teraz, w imię niezdolnego do życia poza ciałem kobiety dziecka, planuje się wprowadzić przepisy jeszcze bardziej absurdalne.

Zauważcie, napisałam dziecka, nie zarodka, nie płodu. Bo dopuszczam, że dla jakiejś kobiety jej ciąża jest dzieckiem od samego początku. Może dzieckiem wyczekanym, wystaranym, dla którego matka chce jak najlepiej. Jak najlepiej, czyli ochronić je przed całym złem świata, przed bólem, chorobą, skrajnym ubóstwem. Odbiera się jej prawo do decyzji, każąc urodzić dziecko skazane na cierpienie, śmierć, ubóstwo. Dlaczego? Bo matka dziecka niepełnosprawnego nie może iść do pracy, bo straci wszelkie zasiłki. A jak zdecyduje, że da radę bez zasiłków, to ciężko będzie jej znaleźć tak wyrozumiałe szefostwo, które zaakceptuje jej częste urlopy poświęcone rehabilitacjom, operacjom.

Co ciekawe, kobiety, która dziecko chce urodzić, nikt na siłę nie aborcji zrobić nie zamierza, a tej która nie chce urodzić, rodzić się każe. W imię miłości bliźniego, ochrony życia i kilku innych wzniosłych słów. I tylko słów. Bo ta sama kobieta, jak już dziecko urodzi, nie ma co liczyć na pomoc, czasem jak poroni za szybko, to nawet urlopu nie dostanie. Ot taki kraj.

Ostatnio wszędzie widać #czarnypiątek. Nawet na stronie Amnesty International. W takim kierunku idzie mój kraj. W kierunku coraz większej nienawiści do kobiet, które i tak generalnie mają pod górę. Jestem wściekła. I jestem załamana, że wśród tych, którzy kobiet tak nienawidzą, są inne kobiety.

Opublikowano Salon, Uncategorized | Otagowano , , | Skomentuj

Matka Polka nie wraca do pracy! A może powinna?

Wiele razy słyszałam „po co pracujesz, jeśli mąż może utrzymać rodzinę?”, „na co ci te nerwy i problemy w pracy?” Jedną z najgorętszych zwolenniczek mojego niepracowania była i jest moja teściowa, która całe życie pracowała, co okazało się zbawienne, gdy jej małżeństwo się rozpadło.

Mam wrażenie, że w Polsce nie możemy się pozbyć myślenia, że matka jest przede wszystkim dla dzieci – powinna być z nimi, dodatkowo zajmować się domem, a realizację własnych planów i marzeń odłożyć w bliżej nieokreślona przyszłość – może jak dzieci pójdą do szkoły, albo na studia, albo nigdy. Bo przecież dzieci potrzebują matki, kucharki, sprzątaczki, pielęgniarki.

Nie mam prawa nikogo osądzać, ale presja jest spora – wracasz do pracy, to nie jesteś dobrą mam, a gdy nie chcesz zająć się domem, choć pozwalają na to warunki – jesteś dziwna. Wiele kobiet rezygnuje z własnych marzeń, nie ze względu na to, że tego chcą, ale właśnie ze względu na presję otoczenia, której szczególnie ulegają matki małych dzieci, którym później ciężko zebrać się  do szukania pracy. Trochę nie maja już energii na zmianę sposobu życia, na swoistą domową rewolucję – boja się zmian i tak zostają w domach nawet, gdy dzieci ich nie potrzebują tak dużo. Od razu dodam tu, że wiem jak ciężka pracę wykonują kobiety w domy i z jakim wysiłkiem wiąże się wychowanie dzieci i ogarnięcie domu. I jak często ta praca jest niedoceniana. Jednak wiem też, że decyzja, by nie wracać do pracy, wcale nie jest decyzją w pełni wolicjonalną, a maja na nią wpływ inni ludzie, którzy zamiast wspierać, wolą straszyć żłobkami i przedszkolami, jakby były to miejsca gdzie dzieci oddaje się jak bagaż na przechowanie, gdzie nie ma zabaw, a jakieś sale tortur. Panie pracujące w żłobku, skupiają się przecież wyłącznie na piciu kawy i herbaty, pozwalając by zasikane, zasmarkanie i głodne dzieci wyły do utraty tchu. Jako że dwójka moich dzieci chodziła i do żłobka i do przedszkola, mogę powiedzieć jedno – chorowanie dziecka jest dobijające, ale nie wynika to z braku odpowiedniej opieki, ale zetknięcia się z wieloma nowymi patogenami, na które układ odpornościowy musi nauczyć się reagować. A panie, w większości, robią co mogą, żeby pomóc dziecku odnaleźć się w nowym miejscu.

Niektórzy rodzice martwią się także, że dziecko w państwowej instytucji zetknie się z tzw. patologiąjest to możliwe, ale to nie wina dzieci, że ich rodzice są niezaradni życiowo, mają problemy z uzależnieniem czy po prostu odziedziczyli ową patologie wraz z genomem. Często żłobek czy przedszkole to dla dzieci z rodzin dysfunkcyjnych szansa na posiłek, opiekę i jakaś normalność. Może też otoczenie innych dzieciaków, tych z „lepszych” środowisk jednak im pomoże? Na pewno nie zarażą waszych pociech alkoholizmem rodziców czy przelaną pieluszką. Z doświadczenia wiem, że dzieci chore i z pasożytami (wszy, owsiki) są odsyłane do domów, a w skrajnych przypadkach zgłasza się je do odpowiednich służb. Może nie wszystko działa idealnie, ale na pewno zagrożenie dla innych jest minimalizowane. No i pamiętajmy, że przemoc domowa to wcale nie domena owej „patologii”, tak samo często zdarza się w rodzinach ludzi wykształconych i świetnie prosperujących w społeczeństwie.

Co ważne, w instytucjach takich jak żłobki i przedszkola dziecko uczy się wielu nowych umiejętności, których ciężko nauczyć w domu. Samodzielność, szybsze odpieluchowanie, czy zabawa w otoczeniu innych dzieci, to efekt bezcennych lekcji życia w tych miejscach. Wiem, że rodzicom trudno powierzyć swój skarb w cudze ręce, ale nie bójcie się drogie mamy – te wszystkie opowieści o głodujących i płaczących maluchach, można włożyć między bajki. W Polsce mamy problem z zaufaniem w stosunku do innych ludzi – wszędzie węszymy spisek (”te wychowawczynie otwierają okna, żeby dzieci chorowały i żeby panie miały mniej roboty”), złą wolę („nie maja cierpliwości, żeby nakarmić dziecko i chodzi głodne”) albo nawet lenistwo („nawet im s pieluch nie chce zmieniać to uczą załatwiania potrzeb na nocniku”). To bardzo niesprawiedliwe. Jeśli pomyślicie ile pracy jest przy jednym dziecku, to zastanówcie się ile pracy muszą wykonywać codziennie opiekunki, jeśli jeszcze dowiecie się, że nie zarabiają przy tym kokosów (ok. 1800zl na rękę), pomyślcie, że tak naprawdę te wszystkie „ciocie” i „panie” muszą lubić, to co robią.

A jak już zaufacie i powierzycie swoje dzieci w opiekę innych, pomyślcie o sobie – możecie wiele osiągnąć, jeśli tylko nie porzucicie marzeń i uwierzycie w siebie!!Krzywda dzieciom się nie stanie, a Wy na pewno znajdziecie swój potencjał. Nie bójcie się marzyć i te marzenia realizować!

Wasza Peggy

P.S.

Kiedyś spotkałam bardzo młoda mamę – lat 19 i dwójka dzieci, pomyślicie – głupia gąska, naiwna itd. A ja wam powiem – wysoko zajdzie – z nie najlepszego domu, trochę naiwna, ale z poczuciem własnej wartości! Szkołę kończy wieczorowo, gdy babcia może zająć się dziećmi, czeka aż pójdą do przedszkola i chce wykształcić się na pomoc dentystyczną – „praca pewna, bo ludzie zawsze do dentysty pójdą”. Z ojcem dzieci nie jest już związana, ale wierzy, że ułoży sobie życie. Ma motto życiowe: Facet musi szanować moje dzieci i być dla nich dobry, nie wymagam, żeby je kochał jak swoje. I mnie musi szanować i dlatego muszę mieć własne pieniądze, nie chcę być zależna od nikogo.”

Opublikowano Kuchnia, Salon | Otagowano , , , , , | 2 komentarze

Chwała samotnym matkom, część II

Ciąg dalszy żali matki pod presją 😉

Wiem, ze moje problemy mogą wydawać się błahe i może takie są, gdy spojrzeć z boku. Dla mnie jednak czas, kiedy sama byłam z dziećmi był bardzo męczący psychicznie – nie tyle ze względu na to, że dzieci dokazywały, ale głównie przez poczucie odpowiedzialności, które towarzyszyło mi nieustannie. Nie jest mi łatwo pisać o tym, bo wydaje mi się, że bez sensu narzekam, ale może komuś zrobi się lżej na serduchu albo inaczej spojrzy na samotne mamy? Zawsze coś 🙂

Pomyślałam, ze powinnam zacząć od wytłumaczenia wam jak wyglądał mój tydzień, bo może to pozwoli zrozumieć w czym leżał mój problem. W pierwszym semestrze pracowałam 6 dni w tygodniu i choć nie było to bite 8 godzin siedzenia w biurze, to jeśli doliczyć czas, gdy przygotowywałam się do zajęć, wyjdzie co najmniej „tradycyjna” dniówka, a często nawet dłużej. Dodam, że dojazd do pracy zajmuje mi prawie godzinę, a że nie jestem zmotoryzowana, to do szkoły i przedszkola odprowadzałam dzieci pieszo (akurat nie ma na tej drodze autobusów czy tramwajów), co zajmowało mi jakieś pół godziny. Najgorzej było w środy, gdy zaczynałam zajęcia o 8:00 i musiałam zaprowadzić najpierw młodszego do przedszkola, bo jest otwarte już od 6:30, a następnie wrócić do domu po starszego i odstawić go do szkoły, gdyż świetlica funkcjonuje od 7:00. Po tym, uprawiając jogging w krakowskim smogu, docierałem na przystanek i mogłam odsapnąć w tramwaju. Pozostałe dni wyglądały nieco lepiej, bo zaczynałam pracę o 9:30, z wyjątkiem sobót, gdy spędzałam całe popołudnia aż do 20 na zajęciach ze studentami zaocznymi. Na szczęście w weekendy mogłam liczyć na pomoc mamy, która zabierała chłopców do siebie. Na co dzień jednak powrót z pracy wiązał się ze stresem – po pierwsze czułam się winna, że moje dzieci siedzą cale dnie w szkole i przedszkolu, a po drugie, musiałam zdążyć przed zamknięciem obydwu placówek o 17. Gdy kończyłam o 15:30 nie było to zadanie łatwe ani przyjemne.

Dodatkowo w poniedziałki i środy chodziliśmy na zajęcia z piłki nożnej ze starszym dzieciem i z muzyki dla maluchów z młodszym. Oczywiście zajęcia zaczynały się o jednej porze w dwóch różnych miejscach – na szczęście oddalonych o 10 minut drogi na piechotkę z dzieckiem. Tym niemniej w te dni wracaliśmy ok. 19:30 do domu, a potem czekało na nas ślęczenie nad pracami domowymi. A gdzie czas na jakąś kolację? Szczęściem w nieszczęściu było to, że starszy w szkole chodził na robotykę wiec nie musiałam go juz nigdzie zaprowadzać. W piątki nie jeździłam do pracy, wiec wspólne wyjścia na warsztaty do domu kultury były czystą przyjemnością. W niektóre soboty jeździliśmy jeszcze na wykłady Uniwersytetu Dzieci, więc komunikacja miejska nie jest moim dzieciom obca.

Photo by Meghan Holmes on Unsplash

I teraz pytanie – na co i po co męczyłam siebie i dzieci tymi wszystkimi zajęciami dodatkowymi? Przerost ambicji? Wiara w zrównoważony rozwój czy inne teorie wychowania geniusza? Otóż odpowiedź jest banalna – moje dzieci je uwielbiają! A ja, może niekoniecznie kierując się rozsądkiem, robiłam wszystko, by wyjazd taty nie wiązał się z utrata tego, co ich cieszy, daje satysfakcję i okazje do spotkań ze znajomymi. A poza tym może nawet wolałam wychodzić gdzieś z dzieciarnia, bo w domu często byli nie do zniesienia. Ciagle bijatyki, krzyki i przepychanki, sto zachcianek na minutę i dramaty z powodu zgubionego autka/pióra/książki/buta, to było ponad moje siły. Wierzcie mi, ze pod koniec tego półrocza nie dawałam rady – fizycznie, psychicznie i jakkolwiek inaczej. Dodam, że moje życie towarzyskie przestało istnieć (od czasu, gdy mam dzieci nie jest to jakaś wielce rozbudowana sfera, ale zawsze coś gdzieś było), stałam się abstynentką (no bo w razie czego nie chciałabym usłyszeć w jakiejś UWADZE „dziecko rozcięło sobie wargę, matka miała 0,3 promila we krwi”), a mój żal w stosunku do partnera z każdym dniem przybierał na sile. Ale żeby spojrzeć na to pozytywnie – DAŁAM RADĘ!! I wiecie co? Chwilami myślałam ze łatwiej byłoby mi gdybym nie miała tego męża wcale – przynajmniej nie miałabym poczucia, że zostawił cały dom na mojej głowie i to nie fair, wiedziałabym że mogę liczyć tylko sama na siebie i inaczej organizowałabym pewne rzeczy. No i zrobiłabym to piep… prawo jazdy. Na pewno!!

Wasza Peggy!

Opublikowano Salon | Skomentuj

Chwała samotnym matkom

Zawsze byłam pełna podziwu dla samotnych mam, bo miałam jedną koleżankę, która zamiast tkwić w beznadziejnym i niedobrym związku, wybrała samotne macierzyństwo. Widziałam jak się zmaga z niepochlebnymi komentarzami, brakiem zrozumienia, bo niby dlaczego nie wytrzymała „dla dobra” dzieci. Dotknęły ją też pełne politowania stwierdzenia: „z dziećmi nikogo nie znajdziesz”, „taka młoda i już rozwódka”.

Nie miałyśmy jednak bardzo bliskiego kontaktu, więc tylko od czasu do czasu mogłam się dowiedzieć jak wygląda jej życie na co dzień. Moja koleżanka jest jednak z tych, co nie płaczą i nie użalają się nad sobą, nie pokazują jak im ciężko albo źle, dlatego póki sama nie doświadczyłam samotnego macierzyństwa, guzik o tym wiedziałam. Opowiem Wasm teraz bajkę niewesołą o matce, co sama z dziećmi była i sie tym potwornie psychiczne zmęczyła. W roli głównej Peggy.

Photo by Patrick Fore on Unsplash

Mój mąż wyjechał na tzw. short time assignment, czyli ”krótkoterminowy” wyjazd z pracy – pojęcie krótkoterminowy może być tu mylące, bo dotyczy okresu całego roku. Nie wyjechał do innego miasta w Polsce, a nawet w Europie ale do Azji – dokładnie do Indonezji. Oczywiście teraz mogą się odezwać głosy zachwytu, ale już studzę – ja nie mogłam jechać z kilku powodów. Po pierwsze, sama mam pracę, co prawda ponoć wymarzona, bo jestem nauczycielem akademickim (teoretycznie pracuję kilka godzin w tygodniu, w praktyce – zapraszam każdego, żeby spróbował przygotować półtora godzinny wykład na aktualne tematy i pracował także w weekendy) i nie mogłam, a raczej nie chciałam tej mojej pracy rzucić. Po drugie, syn pierwszy właśnie miał iść do pierwszej klasy podstawówki i chciałam, żeby miał szansę zgrać się z kolegami i koleżankami, co według mnie istotne. Po trzecie, nie wiedziałam jak miałoby wyglądać nasze życie w stolicy jednego z najwiekszych państw w regionie – nie jestem typem matki, która spełnia sie w opiece nad dziećmi i po prostu nie chciałam przez rok pracować w domu, w obcym środowisku. Wiadomo jednak, że rozłąka nie jest dla nikogo dobra, więc ustaliliśmy z mężem, że pół roku będzie sam na emigracji, a potem dołączymy do niego. I tak tez się stało – tydzień temu, uciekając przed mrozami, wylądowałam w 35-stopniowym upale 🙂 A teraz do rzeczy.

Przez pół roku byłam dla moich dzieci ojcem i matka, nauczycielem i opiekunką, kucharką i animatorem zabaw. Nie miałam nikogo do pomocy – obydwie babcie pracują, niani nie udało mi się znaleźć, a do tego nie mam znajomych czy sąsiadowi, którzy mogliby pomoc. I wiecie co? Czuję się po tym czasie jak górnik przed emeryturą, bo tyle tego było. Ale o tym w następnym wpisie.

– wasza Peggy

Opublikowano Salon | Otagowano , , | Skomentuj

Ospa

Ospa dopadła w końcu dzieci Betty. Miały zostać zaszczepione, ale jakoś się nie mogliśmy zebrać. W końcu chorowaliśmy bez zaszczepienia. Było dość znośnie.

Najpierw zachorowała L. Ospa szalała w jej szkole już pewien czas, budząc ogromne obawy, czy aby dziecię da radę wystąpić w szkolnych jasełkach. A rolę miała sporą, bo wkręciła się w granie na pianinie trzech kolęd. Na szczęście niedzielny występ minął, w środę zaś zaatakowała ospa. L. nie ma jakiejś super odporności, krosty rosły jej ogromne, ale nic nie swędziło. Było to dla mnie dość zaskakujące, bo własną ospę pamiętam jako koszmar. Ze względu na ilość i wielkość krost dostała tabletki Hascovir. Stosowaliśmy kąpiel w nadmanganianie potasu. Kupiłam też zaraz pierwszego dnia piankę Pox Clin w aptece. Przyznam jednak, że ilość sprzecznych opinii lekarskich jest nadal porażająca. Nadal można spotkać się z pomysłami malowania kropek fioletem albo pudrem w kremie. Większość lekarzy jednak radzi tego nie robić, żeby nie zapychać ich. Ponieważ jednak chorowała niemal cała klasa, mieliśmy okazję powymieniać się z rodzicami lekarskimi radami.

Gdy już L. zachorowała, to zaczęło się czekanie na wysypkę u B. Też było nerwowo, bo chłopak miał występ w przedszkolu dla babć i dziadków. B. jest dzieckiem, które do tej pory odmawiało jakiejkolwiek wspólnej aktywności. Zarówno ja, jak i „ciocie” w przedszkolu byłyśmy nieco zszokowane szybkością, z jaką B. nauczył się tekstu. Bardzo więc nie chcieliśmy, żeby przez chorobę nie mógł wystąpić. Byłoby to pewnie trudne doświadczenie. Na szczęście B. też udało się przetrwać. Ospa zaatakowała cztery dni później. B. dostał od razu Hascovir, który właśnie ma być najskuteczniejszy, jak się go poda w pierwszej dobie. Faktycznie, u B krostki były bardzo małe. Za to on krzyczał, że go boli, swędzi i ciągle kazał psikać się pianką, która u niego się sprawdziła. L. używania pianki odmówiła po jednym razie, bo ponoć szczypała. Tak naprawdę tak trudna była tylko jedna noc, potem już się poprawiło.

Gorączkę mieli oboje jeden dzień, około 38 stopni. Potem już hasali po domu, marudząc, że chcą do szkoły, przedszkola. Dla mnie były to trudne tygodnie, bo miałam na głowie dzieci chore z energią zdrowych. Poszliśmy na mały spacerek, wyszliśmy trochę do ogrodu, ale wszystko bardzo ostrożnie.

Ponieważ L odmówiła pianek, a trochę bałam się, żeby krostki się nie zainfekowały, to zastosowałam na niej cały wachlarz produktów Forever. Znajoma zapoznała mnie z nimi już jakiś czas temu i pomalutku sobie różne rzeczy kupujemy. Ogromnym minusem jest ich cena, która często powoduje, że sama długo się waham przed zakupem, ale mam kilka faworytów. Największym jest krem aloesowo-propolisowy, który był jedynym specyfikiem, który zaakceptowała L. Uratował nas już wcześniej z fatalnego AZS. Ja maziam sobie nim buzię i usta. Bałam się, że będzie uczulał, bo np. pyłku nie mogę używać. Okazało się, że pasuje całej rodzinie. Dostaliśmy też próbkę aloesowej galaretki i muszę przyznać, że też fajnie działała. Dobrze pomogła B., L. też kręciła nosem. B. od pewnego już czasu dostaje też tabletki Kidsy  (L. twierdzi,że są niedobre, więc zjada je bardzo rzadko). W momencie choroby dokupiłam też Absorbent C (łatwo przyswajalną witaminę C). Zależało mi na podbiciu odporności, którą ospa bardzo osłabia. Nie wiem, czy dzięki temu, ale u B. ospa skończyła się właściwie szybciej niż u L. Ma na ciele kilka bladych plamek, a u L jeszcze doskonale widać różowe placki, które pomalutku znikają. Ja sama w końcu zaczęłam też łykać witaminki, bo złapałam jakieś przeziębienie i przeleżałam początek choroby L.  Teraz grzecznie pilnuję zjadania warzywek, wyciskamy soki i dorzuciłam sobie Absorbent. Jestem ciekawa, czy faktycznie uda się już uniknąć chorowania.

Tak więc nasza ospa z klasyką – Hascovir i alternatywą z Forever. I tabletem, bo momentami wymiękałam zupełnie od hałasu jaki dzieciaki generowały.

Opublikowano Kuchnia, Salon, Sypialnia, Uncategorized | Skomentuj

Tablet – ewolucja matki

Będąc młodą mamą, nawiedziła mnie myśl, że będę pozwalać na max godzinę dziennie elektroniki, że małe dziecko nie będzie oglądać żadnych bajek, bo przecież to zło, piekło i szatani. Nawet przez chwilę myślałam o pedagogikach Montessori i waldorfskiej, które też ekrany uważają za zło.

Wiecie co? Przeszło mi. Raz, że pracująca matka z dwójką małych dzieci naprawdę czasem potrzebuje ciszy i odpoczynku, a tablet sprawia, że dzieci niemal znikają. Dwa, że im bardziej czegoś zabranialiśmy, nie pozwalaliśmy, regulowaliśmy czas, tym bardziej dzieci nie mogły się skupić, tylko krążyły wokół tego owocu zakazanego. Słowo „tablet” jest tu zresztą metaforą – komputera, telewizora, telefonu. Im bardziej regulujemy, tym większy opór materii. Robiąc dużo halo wokół tej elektroniki, upewniamy dziecko, że jest to coś, o co warto walczyć.

W końcu poszliśmy na żywioł. Może nie do końca, bo dzieci były już nieco większe. Nie mamy też telewizji od jakiś kilkunastu lat, wiec z dziećmi zazwyczaj wybieraliśmy konkretne bajki. Jak więc wygląda u nas prawie nieograniczona ilość elektroniki? Są dni, kiedy dzieci faktycznie się przełączają pomiędzy graniem w jakieś głupoty, a programowaniem (ogarniają Scratcha, programowanie LEGO), grami logicznymi i przestrzennymi i wślepiają w ekran w poszukiwaniu bajek na Netfliksie. Są jednak też dni, najczęściej soboty, kiedy mija 5-6 godzin, a dzieciaki są zajęte przygotowywaniem przedstawienia dla rodziców, książkami, układankami, grami planszowymi, zabawą na śniegu i przypominają sobie o tablecie wieczorem.

Postanowiliśmy jednak, że niedziela jest dniem bez tabletu. Że bawimy się razem. Możemy coś obejrzeć, wyjść na spacer, pojechać do kina. Nie chodziło nam nawet o zakazy, tylko bardziej o posiadanie jednego dnia dla nas.

W tym roku dzieciaki Betty pod choinką znalazły własny tablet i zestaw LEGO do niego. Największy sprzeciw był ze strony dziadków. Owszem, początki były ciężkie, bo dzieci najchętniej z tabletem by spały, teraz minęło nieco czasu i jest całkiem normalnie. Super rozwinęły się dzieciakom zdolności negocjacyjne – jak długo, kto ma tablet, kto gra, kto się przygląda, wspólne wybieranie bajek do obejrzenia. Przy okazji odkryły masę fajnych i rozwijających gier i zabaw.

Poza tym, bądźmy szczerzy, technologia ekranowa jest tak dużą częścią naszego życia, że udawanie, że jej nie ma jest nieco hipokryzją. Przyjrzyjmy się sobie, czy jak siedzicie z nosem w serialu, to dociera do was co się mówi wokół? Ile macie gierek na smartfonach? Ile razy odpalacie fejsika? W jakich portalach społecznościowych macie konta? A wyobrażacie sobie pisanie jakiegokolwiek tekstu inaczej niż na komputerze? Dzieci fascynuje edytor tekstu. Siedzą, piszą, kombinują. Już wiedzą, jak uzyskać polskie litery, jak pogrubić tekst, zmienić jego kolor.

Owszem, istnieje uzależnienie, zbiorczo nazwijmy, że od internetu. Ale z drugiej strony zdecydowanie nie ma co przesadzać. Odczarujmy tę technikę, zamiast zakazów, wyznaczania godzin pokażmy co można zrobić fajnego? Moje dzieciaki pokochały grę w dodawanie liczb, zgadywanie wyrazów i uczenie się języków – włączają sobie przeróżne, ostatnio złapałam je na szlifowaniu Afrikaans. Uwielbiają też oglądać mapę nieba, atlas z odgłosami ptaków. Większość z tych rzeczy znalazły same. Zasadę mamy jednak, że nie ściągają nic same, muszą podejść i skonsultować. No i kupienie czegoś w aplikacji wymaga podania hasła.

Mnie też trochę przerażają dzieci z nosem w telefonach w szkole. Tylko, czy trochę nie jest tak, że ponieważ  zabraniamy w domu, to dzieciaki ślepią się w telefon, bo wiedzą, że w tym momencie nikt go nie zabierze? Odczarujmy trochę tę elektronikę. Przestańmy robić wielkie halo. Im więcej szumu, tym bardziej coś kusi. Nam chwilę zajęło zanim dojrzeliśmy i zaufaliśmy dzieciom.

Córka Betty marzy o telefonie. Trochę mieliśmy z tym problem, ale w sumie jedna sytuacja rozwiązała sprawę za nas. L. była na próbie jasełek ze szkołą, my dostaliśmy informację, o której próba się skończy. Pojechałam pół godziny wcześniej, licząc, że sobie jeszcze popatrzę. Zastałam córkę zapłakaną, ubraną, która dała mi znać, że już dawno się skończyło. Pani też nie było. Pomijam, że sytuacja nie powinna mieć w ogóle miejsca i ze szkołą porozmawialiśmy, uznaliśmy, że telefon da L. możliwość kontaktu z nami. Mam nadzieję, że nie skończy gapiąc się cały czas w ekran.

Opublikowano Bawialnia, Salon | Otagowano , , , | Skomentuj

Jak spieprzyć dobrego bloga

Masz pomysł, masz chwilę czasu i myślisz, że założysz bloga i zostaniesz influencerem. Ale potem myślisz, że takich, jak Ty są tysiące, wiec zrobisz coś żeby się wyróżnić. Np. będziesz pisać w jakimś konkretnym stylu, będziesz mieć zajefajną grafikę. Będziesz mieć blog o określonej tematyce, a nie o wszystkim i niczym. Będziesz pro. Wszyscy Cię pokochają. Kojarzycie to z czymś?

No właśnie. Peggy i Betty przegadały miliony godzin na temat bloga (zaniedbując po drodze domy, dzieci i mężów). Wymyśliły lata pięćdziesiąte, kult idealnej gospodyni, amerykański sen o pralce i piekarniku. Znalazły cudnego grafika, opłaciły serwer. Coś tam nawet napisały. Założyły profil na Facebooku. A potem było dup.

Zepsuły. Koncertowo. Zabrakło regularności. Zabrakło właściwie wszystkiego. I dziś podzielą się z wami poradami, jak pozwolić by blog leżał i zdychał.

  • Nie miej czasu.

Betty i Peggy naprawdę nie miały czasu, serio, serio. Wierzycie? Nie? No to macie rację. Nie ma chyba na świecie większej wymówki niż brak czasu. Magiczne “nie mam czasu” usprawiedliwia wszystko, choć tak naprawdę nie usprawiedliwia nic. Nie masz naprawdę ani 5 minut wolnego w ciągu dnia? Jak wynotujesz sobie, co robisz i ile to czasu zajmuje, odkryjesz nagle niesamowite pokłady czasu, który przepieprzasz na oglądanie śmiesznych zdjęć kotków, filmików na temat Ucha pewnego prezesa, szwendanie się bez celu, bezproduktywne gapienie w okno. I nie nazywaj tego odpoczynkiem. To zwykły brak organizacji. Chcesz mieć czas? To go sobie znajdź!

  • Nie miej męża.

Niekoniecznie zaraz rozwód. Wystarczy wyjazd męża. Tak się u jednej z nas zdarzyło. Więc nie można było pisać. Naprawdę! Nagle wszystko zostaje na twojej kobiecej głowie i jesteś zarobiona po uszy i masz czasu wolnego  za mało. Chodzisz przemęczona, wkurzona, zniechęcona. No to może jednak o tym napisz? Oczywiście, że masz mniej czasu. To prawda. Ale czy nadal nie masz zupełnie czasu? Może przyjechała babcia? Babcia to zresztą też dobry temat. Zależy Ci na blogu? Znajdź więc czas! Albo napisz, jak masz ochotę walnąć męża. Temat rozwinie Peggy. Niekoniecznie bicia mężów, bardziej zostawania samemu z dwójką, domem, pracę, karierą.

  • Miej dzieci.

Dzieci to tornado. Nie wiadomo, czy mają jakieś stałe, czy składają się wyłącznie ze zmiennych. Zmiennych nastrojów, zmiennego znoszenia chorób, zmiennego chodzenia do żłobka/szkoły/przedszkola. Planujesz sobie miły czas wolny, który poświęcisz na bloga, a tu nagle dziecko ma jelitówkę i sprzątasz rzygi, przebierasz, śpiewasz, czytasz, sprzątasz i tak w kółko. Peggy i Betty o brak czasu obwiniają dzieci. Bo wymyślają sobie jakieś choroby, zajęcia. No normalnie nie ma człowiek czasu dla siebie. Tylko, że blog ma być o dzieciach, więc jakby trudno bez nich pisać. Poza tym dzieci to nie tylko obowiązki ale i frajda. Serio! Chcesz pisać o dzieciach? To znajdź czas! Jelitówka nie trwa miesiąc przez 24 godziny na dobę.

  • Źle układaj priorytety.

No i mamy winnego. Betty i Peggy są słabe w układaniu zadań. Jednak na pierwszym planie jest zapewnienie sobie i dzieciom dachu nad głową, jedzenia, ogarnięcia rzeczywistości realnej, a później wirtualnej. Bijemy się w piersi, że schrzaniłyśmy sprawę. Zawsze coś lądowało na pierwszym planie, przesuwając wpisy na kolejny punkt na liście. I tak to trwało, trwało. Ileż razy gadałyśmy na temat wpisu, który nigdy nie powstał, a był genialny, albo o wpisach, które są prawie ukończone, ale wymagają doszlifowania. Nie zmienimy mężów, dzieci, konieczności zarabiania – no chyba że wygramy w Lotto, więc po prostu musimy traktować bloga na równi z innymi obowiązkami. Musi zająć ważne miejsce w naszym życiu, albo kicha. Jak coś innego będzie priorytetem, to bloga nie będzie.

  • Nie miej bullet journala albo innego zeszyciku, w którym zapisujesz, co masz zrobić.

Zapisane jest lepsze niż pomyślane. Wszystkie noworoczne porady life coachów sprowadzają się do tego jednego zdania. Zapisać, żeby pisać bloga. Bo inaczej zniknie z listy zadań. Najpierw jednego dnia, potem kolejnego, a potem dni zamienią się w miesiące. Betty ma swój bullecik, taki prawdziwy w kropeczki i bardzo go lubi. I nawet wpisała w nim „napisać wpis na bloga”. A obok ma krateczkę, żeby wstawić tam ptaszka, jak już to zadanie zrealizuje. No ale wcześniej bullecika nie miała, więc nie zapisywała, więc przesuwała i bloga nie było. Teraz będzie!

  • Wybieraj wino/piwo zamiast pisania.

No bo ciężki dzień był. Mąż marudzi, dzieci marudzą, szef jest prostakiem, szefowa marudzi, za oknem szaro, jest jesień, jest zima, jest lato, wiec jest grill. Trzeba się napić. A wiadomo – pijesz, nie pisz! Rozsądnie więc nie piszesz. Ale jakbyś zapisała w kalendarzu:

  1. blog
  2. picie

to byłby i wpisik i przyjemność. Proste nie? Pamiętaj tylko, że jak pijesz, to miej też trzeźwą opiekę dla dzieci. Tak na wszelki wypadek.

  • Miej ambicje zawodowe.

A może raczej nadmierne ambicje. Bo nie po to studiowałaś, tyrałaś, żeby być TYLKO matką dzieciom i blogerką. Chcesz jeszcze być najlepsza w tym co robisz. Ciągle udowadniasz światu, że to nie pomyłka, że masz takie stanowisko, że na nie zasługujesz. Generalnie to ponoć przede wszystkim kobieca tendencja. Miej ambicje, ale pamiętaj, że nie musisz nic nikomu udowadniać. Będziesz mieć więcej czasu na życie. I bloga.

  • Przeżyj załamanie nerwowe.

To o Betty. Była tam, widziała. Elektrowstrząsy są nadal stosowane w leczeniu depresji, dwubiegunówki i schizofrenii. Pewnie w przypadku innych schorzeń też. No w każdym razie Betty w swoim życiu zaliczyła manię, depresję, dowiedziała się, że ma chorobę afektywną dwubiegunową, długo nierozpoznaną. Jak przeżyć psychiatryk, bycie matką i pracę? Kiedyś będzie na ten temat wpis. W każdym razie całkiem serio – wtedy się dość ciężko pisze. Ale po wyleczeniu ma się kilka niezłych tekstów na bloga.

  • Zakładaj firmę.

To w manii. Jak się wierzy, że można wszystko, to się też wszystko robi. Jak się ma jeszcze tendencje do udowadniania innym, że się da radę i niskie poczucie wartości, to firma może pochłonąć 24 godziny doby. Można się budzić (o 3 w nocy) z myślą o pracy i zasypiać (o 24) z myślą o pracy. Można przestać myśleć o dzieciach, domu. To w tym chorobliwym zakładaniu firmy. Jednak serio – budowanie własnego biznesu od podstaw pochłania sporo czasu. Jednak nie jest to cały czas. Jak masz pasję, masz hobby, masz bloga to zajmij się nimi. Wpisz w kalendarz, zapisz. Zapisz też ODPOCZYNEK. Ważne słowo. Też można o tym napisać notkę, prawda?

  • Bądź super niezorganizowana (patrz punkt o bullet journal).

Czasem lepiej nie mów, że brakuje czasu, że dzieci, że coś. Czasem po prostu jesteśmy niezorganizowane. Czas nam przecieka, miotamy się, kombinujemy. No jesteśmy niezorganizowane. Czasem takie niezorganizowanie jest potrzebne, trudno żyć cały czas z notesem w ręku, planując i odkreślając zadania. Jednak niezorganizowanie to śmierć bloga. Bo trudno zorganizować czas na pisanie. Więc kupujemy te bulleciki i organizujemy. Jak będzie trzeba to udamy się na webinary organizacyjne.

  • Kup psa.

Jak masz mało czasu, to dowal sobie jeszcze i kup szczeniaczka. Będziesz co godzinę wychodzić na psie siku. Będziesz biegać po weterynarzach na odrobaczenia, szczepienia. Będziesz planować wydawanie kasy na smyczki, legowiska, zabawki i książki o wychowaniu psa. Będziesz tracić czas na siedzenie na forach internetowych i czytaniu, jak wychować psa. Będziesz też tracić czas na robienie zdjęć, obrabianie ich i wymyślanie tagów na Instagramie. Bo przecież założysz psu bloga, prawda? Jesteś w końcu blogerką. No i będziesz wychowywać. Uczyć niesikania, uczyć chodzić na smyczy, uczyć nieskakania po ludziach, niegryzienia kapci. No sporo czasu, niemal jak przy niemowlaku. I nie dostaniesz za to 500+. Sorry. Ale możesz założyć bloga o psie. Tylko zaniedbasz bloga o dzieciach. Chyba trzeba iść na ten kurs gospodarowania czasem. No i może pisać o dzieciach i psach.

  • Kup kota.

Kot jest o tyle fajniejszy od psa, że opcję fizjologii załatwia za nas kocia mama i każdy kociak wie, co to kuweta. Jednak weterynarze, wydawanie pieniędzy na zabawki, legowiska, drapaki i inne cuda też jest w pakiecie z kotem. Śledzenie for, czytanie książek, gapienie na bawiącego kotka też. Kopiuję z “Kup psa”, bo pewnie też będziesz  tracić czas na robienie zdjęć, obrabianie ich i wymyślanie tagów na Instagramie. Bo przecież założysz kotu bloga, prawda? Jesteś w końcu blogerką. Idź na kurs zarządzania czasem. Bo chyba chcesz prowadzić tego idealnego bloga o dzieciach, do którego kupiłaś idealną grafikę i na którym masz wpisy rozplanowane na pół roku do przodu. Może napisz coś o dzieciach i kotach?

  • Albo adoptuj (patrz poprzednie punkty).

Zazwyczaj bierzesz psa po przejściach, który potrzebuje uwagi. Ale jak jest dorosły, to jest szansa, że odpada spacer co godzinę. I uczenie zachowania czystości. Bo nie oszukujmy się – na forach i grupach i tak będziesz siedzieć. A mógłbyś pisać! Adopcja kota. Znów na kocim forum? No dokładnie. Jak dokładasz sobie kolejny obowiązek, to nie wykreślaj tego, co robiłaś, tylko przeorganizuj. I planuj. I zapisz.

  • Spędzaj czas na czytaniu innych blogów i załamywaniu się, że nigdy nie będziesz tak dobra.

Myślisz, że wszystko już napisano, a w ogóle to nie umiesz zdjęć robić, kto będzie czytał, jak wokół te wszystkie matki idealne z dziećmi na białej kanapie i matki nieidealne, które już wywaliły swoje frustracje, że są już perfekcyjne i są chujowe, to po co jeszcze. I tak na tym nie zarobię. Zastanów się, po co blog? Bo masz fajny pomysł na wpis, bo masz ochotę czasem coś napisać, bo chcesz spróbować czegoś innego, bo… Masz jakiś powód? Olej wszystko inne. Pisz, znajdź czas, nie oglądaj się na innych, nie załamuj się. Betty weźmie korepetycje z niezałamywania, bo ostatnio pooglądała bloga kobiety z trójka dzieci w ciąży bliźniaczej w idealnym makijażu i w ogóle w ochach i achach i załamała się, że taka nie jest. No wiecie więc czemu Betty nie pisze. Czyta inne blogi i zamartwia się, że nie jest wystarczająco dobra.

  • Miej za mało dzieci.

Masz jedno lub dwoje dzieci. To sorki, z czym do ludzi. Teraz moda na piękne wielodzietne. A w zasadzie patrz wyżej. Masz za mało dzieci, wiec wymagają Twojej uwagi, jakbyś miała taką piątkę, to zajęłaby się sobą i miałabyś czas pisać. Betty i Peggy mają dwójkę. Niby nie jedno, ale nie trzy. Mogę pisać?

  • Miej za dużo dzieci.

Z drugiej strony z tą piątką to więcej prania, gotowania, sprzątania, zajęć dodatkowych, lekcji. A co, jak każde chce inną bajkę na dobranoc? Nie miej za dużo dzieci. Tylko tyle ile chcesz. 500+ się nie kalkuluje. Tutaj działa takie coś jak miłość. A czasem głupota. Dobra, nie chcemy nikogo obrażać. Czasem dwójka też może być nadmiarem.

  • Bądź zbyt mało sfrustrowana.

Niby nie masz humoru, niby nie jest fajnie, niby się frustrujesz, ale jakoś tak trochę, albo nawet nie frustrujesz tylko popadasz w stagnację Albo zaciskasz zęby i działasz. Wszystkie błyskotliwe frustracyjne myśli są zbyt nieuchwytne żeby o nich napisać. Nie sil się na sarkazm. Nie każdy wpis musi być prześmiewczy, idealny, wymarzony. Czasem poddaj się biegowi wydarzeń. I pisz. Twoja codzienność może być dla Ciebie nudna, a inni mogą uznać Twoje pomysły i rozwiązania za ciekawe. Myślałaś kiedyś o tym?

  • Bądź za bardzo sfrustrowana.

Wyluzuj. W głębokiej frustracji pisać się nie da. Może ziółka. Albo napisz używając przekleństw. Wolno. No ale faktycznie Betty i Peggy miały swoje frustracje duże i małe. Przygniotły je one do chodnika. A mogły te ziółka. Bo jak alkohol, to i tak nici z pisania.

  • Myśl za dużo o wpisach, zamiast je pisać.

Betty i Peggy obiecują więcej pisać tutaj, a nie gadać między sobą i na chacie. Bo jakby mniej ze sobą gadały, to byłoby tu więcej wpisów. Bo zawaliły w organizacji czasu, priorytetach, nie zapisały, odfrustrowały się w trakcie pogaduszek. A jeszcze, o zgrozo, gadając piły wino. No i zawaliły bloga. Koncertowo. Z przytupem.

  • Ściągnij sobie program do obrabiania zdjęć.

Pożeracz czasu. Najpierw musisz się nauczyć. Potem bawisz się z każdym zdjęciem. A masz ich dużo, bo robisz zdjęcia dzieciom, kotu, psu. Fotografujesz jedzenie, bo wierzysz, że w końcu w dziale Kuchnia na MF będziesz wrzucać super przepisy. Widzicie jakiś przepis? Zdjęcia mamy za to całkiem ładne.

Mniej więcej tak wyglądały nasze ostatnie dwa lata. Miało być pięknie, wyszło zwyczajnie. Mąż Betty, jak zobaczył wpis stwierdził, że wie, co powinnyśmy zrobić. Betty zagadała na ten temat do Peggy. Peggy spytała – będziemy dostawać wino i czekoladki za każdy wpis? No to ten tego. Możecie nam wysłać czekoladki i wino. Bo mężowi Betty chodziło, żebyśmy zamiast gadać na czatach, gadały przez Skypa i robiły wpisy podcastowe. Tylko, że nie przewidział jednego – Betty i Peggy będą najpierw myśleć, kiedy się umawiać a to gadanie, potem myśleć nad wyborem odpowiedniego programu, potem odkryją, że potrzeba lepszego mikrofonu. Potem zrobią research na temat mikrofonów. I już trzy lata później…

Dobra, wino i czekoladki. Aaaaaa….wino było przyczyną niepisania. Nie ma chyba dla nas ratunku.

 

Opublikowano Salon, Uncategorized | Otagowano | 2 komentarze

Nie wszystkie marzenia świata, czyli co, gdyby moje dziecko zostało…. himalaistą?!

Każdy rodzic, ja też oczywiście, ma nadzieję, że jego dziecko będzie żyło szczęśliwie, radośnie, zdrowo, będzie robiło to, co lubi i miało sporo pieniędzy. I nie chodzi tylko o pierwsze lata życia, ale o całe potomka na świecie bytowanie. Staramy się, uczymy jak być porządnym człowiekiem, prowadzimy na zajęcia dodatkowe i pomagamy odkryć pasję, doradzamy itd. Jednak gdzieś z tyłu mojej głowy jest myśl, że skutkiem takiej postawy będzie wybór zawodu, hobby lub partnera, które ciężko będzie mi zaakceptować…
Pomysł na ten wpis narodził się w związku z akcją ratunkową na Nanga Parbat, którą z zapartym tchem śledziłam w internecie. Nie znam się na himalaizmie, jako dziecko chodziłam jedynie po Pieninach, jestem zmarzluchem i nie należę do nadmiernie odważnych ludzi, hobby też mam nudne (Netflix te sprawy;) ), ale tych, którzy wspinają się w wysokich górach, rozumiem i podziwiam! Niezwykły hart ducha, przygotowanie fizyczne, siła, odwaga i umiejętność radzenia sobie w ekstremalnych warunkach to
zestaw cech, jakie mnie onieśmielają. Chylę czoła przed pasją, zaangażowaniem i męstwem, o których wielu ludzi pisze, że są głupotą lub chorym poszukiwaniem wrażeń. Każdy ma prawo do własnych opinii, ale… O ile, gdy czytam o WYCZYNIE Bieleckiego i Urubko, mam ciarki na plecach i chylę czoła przed polskimi himalaistami, to myśl, że moje dziecko mogłoby wybrać podobne „hobby”, wywołuje we mnie dreszcz grozy. Czy wyobrażacie sobie, że Wasz ukochany syn/ukochana córka jedzie na K2/Nanga
Parbat/Karakorum, aklimatyzuje się, przesyła foty z pierwszego, drugiego, n-tego obozu, szczytu i zostaje uwięzione przez załamanie pogody? I co wtedy? Już na samą myśl o takiej sytuacji ogarnia mnie poczucie totalnej bezsilności – gdyby coś się wydarzyło, nie będę w stanie pomóc, a informacje mogą docierać w szczątkowej formie albo wcale. To dla mnie niewyobrażalne, że moje dziecko, MOJE maleństwo, rusza na wyprawę, z której może nie powrócić, bo nie ma himalaizmu bez ryzyka, a róży bez kolców. Przerażenie, żal, złość, smutek i ból to pewnie tylko kilka z całego spektrum możliwych reakcji na sam pomysł, że któryś z moich synów mógłby rozbudzić w sobie taką pasję. Każdorazowe czekanie na powrót własnego, nawet dorosłego , dziecka ze wspinaczki musi być katorgą dla matek, przyczynkiem do nabawienie się nerwicy i zawału. Ale jak uchronić nasze dziecko od spełniania marzeń? Czy można próbować pozbawić go tego, co daje mu szczęście, sens życia i co kocha? Często mówimy dzieciom – podążaj za marzeniami, rób to, co lubisz, szukaj swoich pasji, ale czy potem nie pożałujemy naszych słów? A jeśli wybiorą coś, co trudno będzie nam zaakceptować? Zakazywać? Ostudzać zapał? Kupić podręcznik „Jak nie wychować himalaisty?” ? Stać się wrogiem własnego syna/córki? Nie wiem, ale mam nadzieję, że moi synowie wybiorą inne hobby…
EDIT: Wiemy już, że ekipie idącej na ratunek nie udało się uratować Tomasza Mackiewicza, bo ryzyko było za duże. W górach ratuje się najpierw mniej poszkodowanych, takie są zasady. Współczuje żonie i dzieciom himalaisty, a także, jeśli żyją, jego rodzicom – szczególnie matce. Wczoraj pękły im serca…

Opublikowano Bawialnia, Salon | Otagowano , , , , | Skomentuj

6 dzieci na dzikich wakacjach

6 dzieci, 5 dorosłych, jeden dom i ogród. Co się stanie? Będzie wojna, bitwa, obrażanie, armagedon, płomień i zgliszcza? Nic z tego. NIC. Zupełnie nic. Dzieci się świetnie bawiły, dorośli się świetnie bawili, choć w przeciwieństwie do dzieci, musieli robić zakupy i szykować jakieś jedzenie.

W tym roku Betty zdecydowała się na dzikie wakacje – bez planu, bez kombinowania. Wonder rodzina wsiadła w swoje wonder auto z dodatkowym bagażnikiem, bo odkąd ma psa, to średnio się do auta z bagażami mieści i pojechała na Warmię. Najpierw w odwiedziny do znajomych jeszcze z beztroskich czasów studenckich, a potem z innymi znajomymi do wynajętego domku. Całkiem sporego domku z kawałem terenu i w sąsiedztwie pasieki ze 170 ulami. Dzieci od lat 2 do 13 w najlepsze bawiły się w chowanego, taplały w dmuchanym basenie, szalały w ogrodzie. I tak przez cały tydzień. Nie chciały nawet nad jezioro jechać, udało się je skusić na podróż łodzią po Kanale Elbląskim. Poza tym organizowały sobie czas same, podchody, chowanego, gry, ewentualnie prośba do starszyzny o jakąś bajkę, jak już padały ze zmęczenia. Do jedzenia – bułki z lokalnym miodem i w zasadzie prawie wcale innych słodyczy. Do obiadu zasiadały jak na komendę, coś co w domu zdarza się niezwykle rzadko. Kiedy się nudziły, to wymyślały gry dla rodziców, czytały książki, gazety, rysowały. Miały oczywiście swoje fochy i dąse, ale mijały one dość szybko.

Dzikie dzieci

Ojcowie dzieciom urządzili również szukanie skarbu, bo te, w trakcie zabawy w chowanego znalazły na strychu list “kogoś, kto kiedyś mieszkał w tym domu” ze wskazówkami do szyfru i skarbu. Na poszukiwaniach i główkowaniu zeszły ponad 2 godziny. Nagrodą była skrzynia pełna starych monet, tak PRLowsko starych. Kiedyś może będą poszukiwane przez kolekcjonerów. Syn Betty orzekł wprawdzie, że do bani taki skarb i że wolałby żelki, ale i tak bawiliśmy się wszyscy doskonale. Szacun do tatusiów, w tym niejakiego Taty Potwora.

Wolne dzieci na wolnych wakacjach. Bez treningów, szkółek, zorganizowanego czasu. I powiem wam, że było to absolutnym hitem. A rozpalanie ogniska krzesiwem też przyciągnęło uwagę. Chętnie taki wyjazd powtórzę. Tylko pogoda mogłaby się bardziej postarać. Wieczory i noce były po prostu zimne. Był też padający poziomo deszcz. Na szczęście słońce też się trafiło.

Opublikowano Bawialnia | Otagowano | Skomentuj

Ojciec dziś, ojciec kiedyś

Tak myślałam ostatnio znów o tym, co matka MUSI i uświadomiłam sobie, że współczesny ojciec też MUSI. Bo tak.

Ojciec dziś MUSI:

  • Być przy porodzie, nawet jak matka jego dziecka nie jest do tego przekonana, nawet jak mdleje to MUSI. Bez opowieści porodowych nie jest ojcem, koledzy z biura go wyśmieją. Wcześniej ma też przeczytać całą dostępną literaturę okołoporodową i kupić matce dziecka TENS. I znać wszelkie techniki masażu. I odcinać pępowinę MUSI.
  • Karmić. Niby dziecko powinno być karmione wyłącznie piersią, bo tylko wtedy nawiązuje więź z matką, ale z ojcem też ma mieć więź, więc ojciec ma karmić. A że trudno ot tak laktację wytworzyć, to matka ma laktator, a ojciec potem karmi z butelki. Laktator i wyprawka powinna też być na głowie ojca, bo matka pod wpływem hormonów przecież podejmuje złe decyzje.
  • Na porodówce ma walczyć o przestrzeganie planu porodowego
  • Od pierwszej nocy wstawać, nosić w chuście, odbijać – kobieta ma spać.
  • Wziąć urlop ojcowski.
  • Jak wraca z pracy pozwalać spać matce dziecka.
  • Być nadal wsparciem, mężem, kochankiem.
  • Zarabiać, żeby kupić dziecku mega wypasiony wózek, łóżeczko, całą masę niezbędnych gadżetów. Założyć konto oszczędnościowe na prywatne przedszkole, szkołę, zajęcia dodatkowe.
  • Zawozić dzieci na zajęcia dodatkowe, gdy matka robi karierę.
  • Dokształcać się w najnowszych trendach wychowawczych.
  • Dokształcać się w zagadnieniach żywienia dziecka, alergii.
  • Czytać wieczorami bajki.
  • Zabierać dzieci na wyjazdy weekendowe. Ale nie takie zwykłe, ale pod znakiem ojciec z córką, ojciec z synem – nawiąż więź, bądź towarzyszem itd. Nie myśl sobie, że pojedziecie się tak bez celu włóczyć po lesie. Mowy nie ma.
  • Grać w piłkę z dziećmi.
  • Grać w piłkę z kolegami z pracy, albo chodzić na siłownię – dbać o swój wygląd i kontakty społeczne.
  • Rozwijać się w pracy.
  • Być miłym dla teściowej i pamiętać o jej imieninach i urodzinach.
  • To samo w kwestii teścia.
  • Zabierać matkę dziecka na randki i do kina. Pamiętać o niani.
  • Uczestniczyć w castingu na nianię.
  • Opłacić nianię.

Ojciec kiedyś:

  • Musi zarabiać. Przytulić dziecko na dobranoc. Dać kieszonkowe.

Ale matka kiedyś ma wioskę – babcie, ciocie, sąsiadki, których mężowie też chodzą zarabiać. Więc wspólnie wychowują dzieci.

Save

Opublikowano Salon | Skomentuj