Chwała samotnym matkom, część II

Ciąg dalszy żali matki pod presją 😉

Wiem, ze moje problemy mogą wydawać się błahe i może takie są, gdy spojrzeć z boku. Dla mnie jednak czas, kiedy sama byłam z dziećmi był bardzo męczący psychicznie – nie tyle ze względu na to, że dzieci dokazywały, ale głównie przez poczucie odpowiedzialności, które towarzyszyło mi nieustannie. Nie jest mi łatwo pisać o tym, bo wydaje mi się, że bez sensu narzekam, ale może komuś zrobi się lżej na serduchu albo inaczej spojrzy na samotne mamy? Zawsze coś 🙂

Pomyślałam, ze powinnam zacząć od wytłumaczenia wam jak wyglądał mój tydzień, bo może to pozwoli zrozumieć w czym leżał mój problem. W pierwszym semestrze pracowałam 6 dni w tygodniu i choć nie było to bite 8 godzin siedzenia w biurze, to jeśli doliczyć czas, gdy przygotowywałam się do zajęć, wyjdzie co najmniej „tradycyjna” dniówka, a często nawet dłużej. Dodam, że dojazd do pracy zajmuje mi prawie godzinę, a że nie jestem zmotoryzowana, to do szkoły i przedszkola odprowadzałam dzieci pieszo (akurat nie ma na tej drodze autobusów czy tramwajów), co zajmowało mi jakieś pół godziny. Najgorzej było w środy, gdy zaczynałam zajęcia o 8:00 i musiałam zaprowadzić najpierw młodszego do przedszkola, bo jest otwarte już od 6:30, a następnie wrócić do domu po starszego i odstawić go do szkoły, gdyż świetlica funkcjonuje od 7:00. Po tym, uprawiając jogging w krakowskim smogu, docierałem na przystanek i mogłam odsapnąć w tramwaju. Pozostałe dni wyglądały nieco lepiej, bo zaczynałam pracę o 9:30, z wyjątkiem sobót, gdy spędzałam całe popołudnia aż do 20 na zajęciach ze studentami zaocznymi. Na szczęście w weekendy mogłam liczyć na pomoc mamy, która zabierała chłopców do siebie. Na co dzień jednak powrót z pracy wiązał się ze stresem – po pierwsze czułam się winna, że moje dzieci siedzą cale dnie w szkole i przedszkolu, a po drugie, musiałam zdążyć przed zamknięciem obydwu placówek o 17. Gdy kończyłam o 15:30 nie było to zadanie łatwe ani przyjemne.

Dodatkowo w poniedziałki i środy chodziliśmy na zajęcia z piłki nożnej ze starszym dzieciem i z muzyki dla maluchów z młodszym. Oczywiście zajęcia zaczynały się o jednej porze w dwóch różnych miejscach – na szczęście oddalonych o 10 minut drogi na piechotkę z dzieckiem. Tym niemniej w te dni wracaliśmy ok. 19:30 do domu, a potem czekało na nas ślęczenie nad pracami domowymi. A gdzie czas na jakąś kolację? Szczęściem w nieszczęściu było to, że starszy w szkole chodził na robotykę wiec nie musiałam go juz nigdzie zaprowadzać. W piątki nie jeździłam do pracy, wiec wspólne wyjścia na warsztaty do domu kultury były czystą przyjemnością. W niektóre soboty jeździliśmy jeszcze na wykłady Uniwersytetu Dzieci, więc komunikacja miejska nie jest moim dzieciom obca.

Photo by Meghan Holmes on Unsplash

I teraz pytanie – na co i po co męczyłam siebie i dzieci tymi wszystkimi zajęciami dodatkowymi? Przerost ambicji? Wiara w zrównoważony rozwój czy inne teorie wychowania geniusza? Otóż odpowiedź jest banalna – moje dzieci je uwielbiają! A ja, może niekoniecznie kierując się rozsądkiem, robiłam wszystko, by wyjazd taty nie wiązał się z utrata tego, co ich cieszy, daje satysfakcję i okazje do spotkań ze znajomymi. A poza tym może nawet wolałam wychodzić gdzieś z dzieciarnia, bo w domu często byli nie do zniesienia. Ciagle bijatyki, krzyki i przepychanki, sto zachcianek na minutę i dramaty z powodu zgubionego autka/pióra/książki/buta, to było ponad moje siły. Wierzcie mi, ze pod koniec tego półrocza nie dawałam rady – fizycznie, psychicznie i jakkolwiek inaczej. Dodam, że moje życie towarzyskie przestało istnieć (od czasu, gdy mam dzieci nie jest to jakaś wielce rozbudowana sfera, ale zawsze coś gdzieś było), stałam się abstynentką (no bo w razie czego nie chciałabym usłyszeć w jakiejś UWADZE „dziecko rozcięło sobie wargę, matka miała 0,3 promila we krwi”), a mój żal w stosunku do partnera z każdym dniem przybierał na sile. Ale żeby spojrzeć na to pozytywnie – DAŁAM RADĘ!! I wiecie co? Chwilami myślałam ze łatwiej byłoby mi gdybym nie miała tego męża wcale – przynajmniej nie miałabym poczucia, że zostawił cały dom na mojej głowie i to nie fair, wiedziałabym że mogę liczyć tylko sama na siebie i inaczej organizowałabym pewne rzeczy. No i zrobiłabym to piep… prawo jazdy. Na pewno!!

Wasza Peggy!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Salon. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *