Matka Polka nie wraca do pracy! A może powinna?

Wiele razy słyszałam „po co pracujesz, jeśli mąż może utrzymać rodzinę?”, „na co ci te nerwy i problemy w pracy?” Jedną z najgorętszych zwolenniczek mojego niepracowania była i jest moja teściowa, która całe życie pracowała, co okazało się zbawienne, gdy jej małżeństwo się rozpadło.

Mam wrażenie, że w Polsce nie możemy się pozbyć myślenia, że matka jest przede wszystkim dla dzieci – powinna być z nimi, dodatkowo zajmować się domem, a realizację własnych planów i marzeń odłożyć w bliżej nieokreślona przyszłość – może jak dzieci pójdą do szkoły, albo na studia, albo nigdy. Bo przecież dzieci potrzebują matki, kucharki, sprzątaczki, pielęgniarki.

Nie mam prawa nikogo osądzać, ale presja jest spora – wracasz do pracy, to nie jesteś dobrą mam, a gdy nie chcesz zająć się domem, choć pozwalają na to warunki – jesteś dziwna. Wiele kobiet rezygnuje z własnych marzeń, nie ze względu na to, że tego chcą, ale właśnie ze względu na presję otoczenia, której szczególnie ulegają matki małych dzieci, którym później ciężko zebrać się  do szukania pracy. Trochę nie maja już energii na zmianę sposobu życia, na swoistą domową rewolucję – boja się zmian i tak zostają w domach nawet, gdy dzieci ich nie potrzebują tak dużo. Od razu dodam tu, że wiem jak ciężka pracę wykonują kobiety w domy i z jakim wysiłkiem wiąże się wychowanie dzieci i ogarnięcie domu. I jak często ta praca jest niedoceniana. Jednak wiem też, że decyzja, by nie wracać do pracy, wcale nie jest decyzją w pełni wolicjonalną, a maja na nią wpływ inni ludzie, którzy zamiast wspierać, wolą straszyć żłobkami i przedszkolami, jakby były to miejsca gdzie dzieci oddaje się jak bagaż na przechowanie, gdzie nie ma zabaw, a jakieś sale tortur. Panie pracujące w żłobku, skupiają się przecież wyłącznie na piciu kawy i herbaty, pozwalając by zasikane, zasmarkanie i głodne dzieci wyły do utraty tchu. Jako że dwójka moich dzieci chodziła i do żłobka i do przedszkola, mogę powiedzieć jedno – chorowanie dziecka jest dobijające, ale nie wynika to z braku odpowiedniej opieki, ale zetknięcia się z wieloma nowymi patogenami, na które układ odpornościowy musi nauczyć się reagować. A panie, w większości, robią co mogą, żeby pomóc dziecku odnaleźć się w nowym miejscu.

Niektórzy rodzice martwią się także, że dziecko w państwowej instytucji zetknie się z tzw. patologiąjest to możliwe, ale to nie wina dzieci, że ich rodzice są niezaradni życiowo, mają problemy z uzależnieniem czy po prostu odziedziczyli ową patologie wraz z genomem. Często żłobek czy przedszkole to dla dzieci z rodzin dysfunkcyjnych szansa na posiłek, opiekę i jakaś normalność. Może też otoczenie innych dzieciaków, tych z „lepszych” środowisk jednak im pomoże? Na pewno nie zarażą waszych pociech alkoholizmem rodziców czy przelaną pieluszką. Z doświadczenia wiem, że dzieci chore i z pasożytami (wszy, owsiki) są odsyłane do domów, a w skrajnych przypadkach zgłasza się je do odpowiednich służb. Może nie wszystko działa idealnie, ale na pewno zagrożenie dla innych jest minimalizowane. No i pamiętajmy, że przemoc domowa to wcale nie domena owej „patologii”, tak samo często zdarza się w rodzinach ludzi wykształconych i świetnie prosperujących w społeczeństwie.

Co ważne, w instytucjach takich jak żłobki i przedszkola dziecko uczy się wielu nowych umiejętności, których ciężko nauczyć w domu. Samodzielność, szybsze odpieluchowanie, czy zabawa w otoczeniu innych dzieci, to efekt bezcennych lekcji życia w tych miejscach. Wiem, że rodzicom trudno powierzyć swój skarb w cudze ręce, ale nie bójcie się drogie mamy – te wszystkie opowieści o głodujących i płaczących maluchach, można włożyć między bajki. W Polsce mamy problem z zaufaniem w stosunku do innych ludzi – wszędzie węszymy spisek (”te wychowawczynie otwierają okna, żeby dzieci chorowały i żeby panie miały mniej roboty”), złą wolę („nie maja cierpliwości, żeby nakarmić dziecko i chodzi głodne”) albo nawet lenistwo („nawet im s pieluch nie chce zmieniać to uczą załatwiania potrzeb na nocniku”). To bardzo niesprawiedliwe. Jeśli pomyślicie ile pracy jest przy jednym dziecku, to zastanówcie się ile pracy muszą wykonywać codziennie opiekunki, jeśli jeszcze dowiecie się, że nie zarabiają przy tym kokosów (ok. 1800zl na rękę), pomyślcie, że tak naprawdę te wszystkie „ciocie” i „panie” muszą lubić, to co robią.

A jak już zaufacie i powierzycie swoje dzieci w opiekę innych, pomyślcie o sobie – możecie wiele osiągnąć, jeśli tylko nie porzucicie marzeń i uwierzycie w siebie!!Krzywda dzieciom się nie stanie, a Wy na pewno znajdziecie swój potencjał. Nie bójcie się marzyć i te marzenia realizować!

Wasza Peggy

P.S.

Kiedyś spotkałam bardzo młoda mamę – lat 19 i dwójka dzieci, pomyślicie – głupia gąska, naiwna itd. A ja wam powiem – wysoko zajdzie – z nie najlepszego domu, trochę naiwna, ale z poczuciem własnej wartości! Szkołę kończy wieczorowo, gdy babcia może zająć się dziećmi, czeka aż pójdą do przedszkola i chce wykształcić się na pomoc dentystyczną – „praca pewna, bo ludzie zawsze do dentysty pójdą”. Z ojcem dzieci nie jest już związana, ale wierzy, że ułoży sobie życie. Ma motto życiowe: Facet musi szanować moje dzieci i być dla nich dobry, nie wymagam, żeby je kochał jak swoje. I mnie musi szanować i dlatego muszę mieć własne pieniądze, nie chcę być zależna od nikogo.”

Ten wpis został opublikowany w kategorii Kuchnia, Salon i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Matka Polka nie wraca do pracy! A może powinna?

  1. baixiaotai pisze:

    Bardzo słusznie. Ja to chętnie podrzuciłabym dziecię do żłobka, gdybym jakikolwiek miała w okolicy 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *