Nie wszystkie marzenia świata, czyli co, gdyby moje dziecko zostało…. himalaistą?!

Każdy rodzic, ja też oczywiście, ma nadzieję, że jego dziecko będzie żyło szczęśliwie, radośnie, zdrowo, będzie robiło to, co lubi i miało sporo pieniędzy. I nie chodzi tylko o pierwsze lata życia, ale o całe potomka na świecie bytowanie. Staramy się, uczymy jak być porządnym człowiekiem, prowadzimy na zajęcia dodatkowe i pomagamy odkryć pasję, doradzamy itd. Jednak gdzieś z tyłu mojej głowy jest myśl, że skutkiem takiej postawy będzie wybór zawodu, hobby lub partnera, które ciężko będzie mi zaakceptować…
Pomysł na ten wpis narodził się w związku z akcją ratunkową na Nanga Parbat, którą z zapartym tchem śledziłam w internecie. Nie znam się na himalaizmie, jako dziecko chodziłam jedynie po Pieninach, jestem zmarzluchem i nie należę do nadmiernie odważnych ludzi, hobby też mam nudne (Netflix te sprawy;) ), ale tych, którzy wspinają się w wysokich górach, rozumiem i podziwiam! Niezwykły hart ducha, przygotowanie fizyczne, siła, odwaga i umiejętność radzenia sobie w ekstremalnych warunkach to
zestaw cech, jakie mnie onieśmielają. Chylę czoła przed pasją, zaangażowaniem i męstwem, o których wielu ludzi pisze, że są głupotą lub chorym poszukiwaniem wrażeń. Każdy ma prawo do własnych opinii, ale… O ile, gdy czytam o WYCZYNIE Bieleckiego i Urubko, mam ciarki na plecach i chylę czoła przed polskimi himalaistami, to myśl, że moje dziecko mogłoby wybrać podobne „hobby”, wywołuje we mnie dreszcz grozy. Czy wyobrażacie sobie, że Wasz ukochany syn/ukochana córka jedzie na K2/Nanga
Parbat/Karakorum, aklimatyzuje się, przesyła foty z pierwszego, drugiego, n-tego obozu, szczytu i zostaje uwięzione przez załamanie pogody? I co wtedy? Już na samą myśl o takiej sytuacji ogarnia mnie poczucie totalnej bezsilności – gdyby coś się wydarzyło, nie będę w stanie pomóc, a informacje mogą docierać w szczątkowej formie albo wcale. To dla mnie niewyobrażalne, że moje dziecko, MOJE maleństwo, rusza na wyprawę, z której może nie powrócić, bo nie ma himalaizmu bez ryzyka, a róży bez kolców. Przerażenie, żal, złość, smutek i ból to pewnie tylko kilka z całego spektrum możliwych reakcji na sam pomysł, że któryś z moich synów mógłby rozbudzić w sobie taką pasję. Każdorazowe czekanie na powrót własnego, nawet dorosłego , dziecka ze wspinaczki musi być katorgą dla matek, przyczynkiem do nabawienie się nerwicy i zawału. Ale jak uchronić nasze dziecko od spełniania marzeń? Czy można próbować pozbawić go tego, co daje mu szczęście, sens życia i co kocha? Często mówimy dzieciom – podążaj za marzeniami, rób to, co lubisz, szukaj swoich pasji, ale czy potem nie pożałujemy naszych słów? A jeśli wybiorą coś, co trudno będzie nam zaakceptować? Zakazywać? Ostudzać zapał? Kupić podręcznik „Jak nie wychować himalaisty?” ? Stać się wrogiem własnego syna/córki? Nie wiem, ale mam nadzieję, że moi synowie wybiorą inne hobby…
EDIT: Wiemy już, że ekipie idącej na ratunek nie udało się uratować Tomasza Mackiewicza, bo ryzyko było za duże. W górach ratuje się najpierw mniej poszkodowanych, takie są zasady. Współczuje żonie i dzieciom himalaisty, a także, jeśli żyją, jego rodzicom – szczególnie matce. Wczoraj pękły im serca…

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bawialnia, Salon i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *