Tablet – ewolucja matki

Będąc młodą mamą, nawiedziła mnie myśl, że będę pozwalać na max godzinę dziennie elektroniki, że małe dziecko nie będzie oglądać żadnych bajek, bo przecież to zło, piekło i szatani. Nawet przez chwilę myślałam o pedagogikach Montessori i waldorfskiej, które też ekrany uważają za zło.

Wiecie co? Przeszło mi. Raz, że pracująca matka z dwójką małych dzieci naprawdę czasem potrzebuje ciszy i odpoczynku, a tablet sprawia, że dzieci niemal znikają. Dwa, że im bardziej czegoś zabranialiśmy, nie pozwalaliśmy, regulowaliśmy czas, tym bardziej dzieci nie mogły się skupić, tylko krążyły wokół tego owocu zakazanego. Słowo „tablet” jest tu zresztą metaforą – komputera, telewizora, telefonu. Im bardziej regulujemy, tym większy opór materii. Robiąc dużo halo wokół tej elektroniki, upewniamy dziecko, że jest to coś, o co warto walczyć.

W końcu poszliśmy na żywioł. Może nie do końca, bo dzieci były już nieco większe. Nie mamy też telewizji od jakiś kilkunastu lat, wiec z dziećmi zazwyczaj wybieraliśmy konkretne bajki. Jak więc wygląda u nas prawie nieograniczona ilość elektroniki? Są dni, kiedy dzieci faktycznie się przełączają pomiędzy graniem w jakieś głupoty, a programowaniem (ogarniają Scratcha, programowanie LEGO), grami logicznymi i przestrzennymi i wślepiają w ekran w poszukiwaniu bajek na Netfliksie. Są jednak też dni, najczęściej soboty, kiedy mija 5-6 godzin, a dzieciaki są zajęte przygotowywaniem przedstawienia dla rodziców, książkami, układankami, grami planszowymi, zabawą na śniegu i przypominają sobie o tablecie wieczorem.

Postanowiliśmy jednak, że niedziela jest dniem bez tabletu. Że bawimy się razem. Możemy coś obejrzeć, wyjść na spacer, pojechać do kina. Nie chodziło nam nawet o zakazy, tylko bardziej o posiadanie jednego dnia dla nas.

W tym roku dzieciaki Betty pod choinką znalazły własny tablet i zestaw LEGO do niego. Największy sprzeciw był ze strony dziadków. Owszem, początki były ciężkie, bo dzieci najchętniej z tabletem by spały, teraz minęło nieco czasu i jest całkiem normalnie. Super rozwinęły się dzieciakom zdolności negocjacyjne – jak długo, kto ma tablet, kto gra, kto się przygląda, wspólne wybieranie bajek do obejrzenia. Przy okazji odkryły masę fajnych i rozwijających gier i zabaw.

Poza tym, bądźmy szczerzy, technologia ekranowa jest tak dużą częścią naszego życia, że udawanie, że jej nie ma jest nieco hipokryzją. Przyjrzyjmy się sobie, czy jak siedzicie z nosem w serialu, to dociera do was co się mówi wokół? Ile macie gierek na smartfonach? Ile razy odpalacie fejsika? W jakich portalach społecznościowych macie konta? A wyobrażacie sobie pisanie jakiegokolwiek tekstu inaczej niż na komputerze? Dzieci fascynuje edytor tekstu. Siedzą, piszą, kombinują. Już wiedzą, jak uzyskać polskie litery, jak pogrubić tekst, zmienić jego kolor.

Owszem, istnieje uzależnienie, zbiorczo nazwijmy, że od internetu. Ale z drugiej strony zdecydowanie nie ma co przesadzać. Odczarujmy tę technikę, zamiast zakazów, wyznaczania godzin pokażmy co można zrobić fajnego? Moje dzieciaki pokochały grę w dodawanie liczb, zgadywanie wyrazów i uczenie się języków – włączają sobie przeróżne, ostatnio złapałam je na szlifowaniu Afrikaans. Uwielbiają też oglądać mapę nieba, atlas z odgłosami ptaków. Większość z tych rzeczy znalazły same. Zasadę mamy jednak, że nie ściągają nic same, muszą podejść i skonsultować. No i kupienie czegoś w aplikacji wymaga podania hasła.

Mnie też trochę przerażają dzieci z nosem w telefonach w szkole. Tylko, czy trochę nie jest tak, że ponieważ  zabraniamy w domu, to dzieciaki ślepią się w telefon, bo wiedzą, że w tym momencie nikt go nie zabierze? Odczarujmy trochę tę elektronikę. Przestańmy robić wielkie halo. Im więcej szumu, tym bardziej coś kusi. Nam chwilę zajęło zanim dojrzeliśmy i zaufaliśmy dzieciom.

Córka Betty marzy o telefonie. Trochę mieliśmy z tym problem, ale w sumie jedna sytuacja rozwiązała sprawę za nas. L. była na próbie jasełek ze szkołą, my dostaliśmy informację, o której próba się skończy. Pojechałam pół godziny wcześniej, licząc, że sobie jeszcze popatrzę. Zastałam córkę zapłakaną, ubraną, która dała mi znać, że już dawno się skończyło. Pani też nie było. Pomijam, że sytuacja nie powinna mieć w ogóle miejsca i ze szkołą porozmawialiśmy, uznaliśmy, że telefon da L. możliwość kontaktu z nami. Mam nadzieję, że nie skończy gapiąc się cały czas w ekran.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bawialnia, Salon i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *